sobota, 7 stycznia 2012

Odmienne bieguny

Mieli jednego ojca, nic poza tym.
           

Wracając z firmowego bankietu w towarzystwie pięknej narzeczonej Marek spostrzegł na ławce swojego brata, który siedząc na krawędzi grał stary numer The Doors „People are strange”. Jarek wyciągnął rękę w geście przywitania, jednak odpowiedziała mu tylko głucha cisza i wzrok pełen pogardy.
           
              Gdy tak leżała na naga na jego torsie, czuł się królem świata. Miał narzeczoną , która stanowiła idealny dodatek do jego sportowego auta, wielki plazmowy telewizor, który zagłuszał krępującą cisze, gdy nie mieli o czym rozmawiać. Nie cierpiał na nic, szczególnie na brak gotówki. Tylko jedna myśl kołatała się w jego głowie, pozostawiając delikatną rysę na jego krystalicznym życiu. Dlaczego jego brat, mający niewątpliwy talent do zarabiania pieniędzy, cały swój dobytek oddał na cele charytatywne i został ulicznym bardem.

            Obudził go śpiew ptaków, układający się w doskonale znaną mu melodie. Muzykę wolności, której nie krępowały podatki, kredyt czy ciasny krawat.  Wyciągnął z kapelusza kilka miedziaków i podzielił się z miejscowym kloszardem. Nie grał dla pieniędzy, wystarczyło mu zjeść ciepły posiłek.

            Gdy sekretarka przyniosła mu kawę i posłała elektryzujące, seksowne spojrzenie popatrzył na swoje odbicie w lustrze , które mówiło do niego „ jesteś najlepszy”. Nie pracowała tu bez powodu, w końcu na rozmowie kwalifikacyjnej musiała wykazać się pewnymi umiejętnościami, niekoniecznie tych wypisanych w CV. Lubił korzystać z przywilejów, jakie dawała mu posada szefa. Gdy chciał mocną czarną, otrzymywał ją w piętnaście minut. Jeśli miał kaprys pograć w golfa w godzinach pracy, które zresztą sam sobie ustalał, wychodził za ekskluzywny budynek firmy ,za który mieściło się dość pokaźne, jak na jednego gracza pole.
           
            Patrząc z perspektywy zwykłego przechodnia jego kolejny dzień wydawał się identyczny. Budził się , grał , pozdrawiał ludzi spieszących do pracy. Wiedział, że ojciec, który nader cenił pracę i systematyczność potępiłby zrzeczenie się połowy firmy na koszt brata. Nie dbał o to. Zmarłych nie ma już wśród nas. 

            Telefon natarczywie dzwonił . Posuwając sekretarkę próbował ignorować denerwujący dźwięk. Wiedział, że będzie musiał tłumaczyć się z każdego kolejnego sygnału. Jego narzeczona, z wyraźnym podekscytowaniem poinformowała go o przyjeździe AC/DC. Z udawanym entuzjazmem obiecał, że kupi najlepsze bilety. Wypije kilka piw i odbębni swoje. Po rozłączeniu rozmowy ponownie wszedł w swoją pracownice.


 Zespól przyleciał dwa dni wcześniej. Na okęciu witał ich kilku tysięczny tłum, większość w wypranych koszulkach z błyskawicą. Po kilku minutowiej rozmowie z fanami, kapela udała się do centrum na obiad. W drodze do knajpy ich uwagę przykuł miejscowy bard, który zachrypniętym głosem śpiewał stare polskie piosenki. Mimo, iz nie rozumieli słów, oczarowani dźwiękiem gitary stali tak kilka chwil. Oddany muzyce nie zauważył obserwatorów. Podczas zwiedzania miasta, ich uszu dobiegły znajome dźwięki. Podchodząc bliżej niezrozumiałe slowa ukladaly się w jedną całość. To ten sam gitarzysta, zmieniwszy lokalizacje wykonywał ich największy  przebój mają za słuchaczy grupkę pijanych studentów. Jednym głosem śpiewali Highway To Hell.  Oddani muzyce nie mogli tego zignorować.
Godzina koncertu zbliżała się wielkimi krokami. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą. Teren lotniska, na którym miał się odbyć wielki spektakl wypełniał się z minuty na minute. Pośród podnieconego tłumu tylko na jednej twarzy można było zauważyć rysujący się niesmak.Wiedział, iż musi odrobić pańszczyznę , jeśli chce dalej bawić się z barbie. Po kilku dłuższych minutach zespół wszedł na scenę. Gra świateł , żywo reagujący tłums sprawił, że nawet on wybijał nogą rytm melodii. W połowie największego przeboju zespół przestał grać. Nastała cisza. Lider zespołu powiedział kilka słów po polsku. Nastąpiła euforia. Gitarzysta odstawił instrument i usunął się w cień. Marek przecierał oczy ze zdumienia. Na scenę wszedł jego brat i zajął puste miejsce. Zespół gral dalej. Tłum oszalał.

Nie zważając na protesty narzeczonej opuścił koncert. Był w szoku, miotał przekleństwami na lewo i prawo. Czuł wielką pustkę , zazdrościł bratu. Nie mógł znieść widoku szczęścia, które malowało się na jego twarzy. Podjął ostateczną decyzję.

Siedząc na backstagu płakał ze wzruszenia. Nie mógł zrozumieć co się tak naprawdę stało. Kilka minut temu zagrał przed kilkadziesiąt tysięczną widownią solówkę na gitarze. Siedział wśród muzyków i rozmawiał o swojej przyszłości. Przeprosił na chwilę, musiał wyjść do toalety.Mimo odczuwalnej euforii, czuł strach. Otwierając drzwi od kibla wiedział, że coś jest nie tak. Czuł unoszący się fetor, jednak to nie były fekalia. Znał ten zapach, poznał go dokładnie włócząc się po warszawskich osiedlach.  Melodie ich życia grały w innym tempie , każde inaczej, jednak płakał rzewnymi łzami. Nie rozumiał tej sytuacji. Przecież brat musiał być szczęśliwy, miał wielka firmę, piękny dom, narzeczoną, na której widok mężczyźni dostawali wytrzeszczu oczy. Usiadł obok niego i napisał wiersz. Utwór o stracie, którą zna tak dobrze każdy z nas.